Antoni Sobocki „Kaczor”

  Urodził się 13 XI 1921 r. w Lublinie, w starej szlacheckiej rodzinie herbu „Nałęcz”. 1 września 1939 r., jako niespełna 18-letni chłopiec wstąpił ochotniczo do wojska. Przeszedł szlak bojowy 178 pułku piechoty, 50 dywizji – Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie”pod dowództwem gen. Kleeberga, od Małoryty do Kocka. „ Chrzest bojowy przeżyłem w lasach pod Krzywdą niedaleko Kocka, gdzie Niemcy ostrzelali ogniem krzyżowym nasze oddziały i gdyby nie stary wyga-sierżant, który pchnął mnie w lej po poprzednim pocisku artyleryjskim, to następny wybuchł w miejscu gdzie właśnie stałem”. 5 października, po kapitulacji, dostał się do niewoli niemieckiej. Był więziony w Dęblinie, skąd udało mu się uciec w połowie grudnia 1939 roku.

         Pracował na tak zwanej kolei wschodniej i równocześnie działał w konspiracyjnej organizacji Związek Walki Zbrojnej. W lutym 1942 r., w czasie jednej z akcji został aresztowany przez gestapo. Przeszedł okrutne śledztwo. W maju 1943 r., w czasie transportu na sprawę do Sądu Specjalnego (Sonder Gericht), do Radomia uciekł z pędzącego pociągu. W czasie skoku z otwierającego się tylko do połowy okna w ubikacji doznał ciężkich obrażeń. Przeżył dzięki pomocy księdza Adama Smolińskiego z Gniewoszowa. Po wojnie dowiedział się, że dwaj aresztowani z nim koledzy, wyrokiem tego sądu, zostali skazani na śmierć.

          Lekarz, który się nim opiekował na plebanii ostrzegł, że gestapo poszukuje Sobockiego listem gończym. Z uwagi na to wyjechał do rodziny mieszkającej w Rejowcu. Tam dowiedział się, że jego cioteczna siostra Zofia Mizgalska wraz ze swoim mężem Marianem są w oddziale „Ojca Jana”, w Lasach Janowskich. Otrzymał potrzebne kontakty i w październiku 1943 r. został zaprzysiężony w oddziale jako „Kaczor”. Podał taki pseudonim, gdyż w czasach szkolnych tak był przezywany. Jego kręcone włosy układały się na tyle głowy jak „pióra na kaczym kuprze”. Nareszcie poczuł się bezpieczny. „ Moje życie w partyzanckim oddziale wydawało mi się naprawdę urzeczywistnieniem marzeń, byłem wolny i mogłem z bronią w ręku walczyć ze znienawidzonym okupantem. Miałem wspaniałych, serdecznych kolegów, dobrą kadrę doskonałych i wyrozumiałych dowódców, i pomimo stale grożącego niebezpieczeństwa znakomite samopoczucie.”

Razem z częścią partyzantów swojego oddziału znalazł się w okrążeniu na Porytowych Wzgórzach. „ W godzinach wieczornych 13 czerwca 1944, w dniu swoich imienin, wyznaczony zostałem do udziału w patrolu rozpoznawczym pod dowództwem ppor. „Kordiana”/Tadeusza Gryblewskiego/, wzmocnionego partyzantami radzieckimi. Wraz z „Góralem”otrzymaliśmy rozkaz, ażeby jako szpica posuwać się w odległości ok. 50 metrów  przed oddziałem patrolowym, w celu rozpoznania terenu i zabezpieczenia całej grupy przed zaskoczeniem przez Niemców, otaczających już wówczas ścisłym pierścieniem nasze obronne pozycje. Był piękny czerwcowy wieczór, który niezwykle kojąco wpływał na nasze samopoczucie i powodował, że mimo grożącego nam niebezpieczeństwa dość raźno posuwaliśmy się w kierunku wsi Ujście. Po przebyciu około 3 kolometrów, znanymi nam- wśród gęstego lasu- ścieżkami, doszliśmy do dość dużej polanki gdzie na skraju cały oddział zatrzymał się, a ja z „Góralem” przeczołgaliśmy się na drugą jej stronę i weszliśmy znów w gęsty, piękny las.W chwili gdy już mieliśmy dać umowny znak, że droga jest wolna, usłyszeliśmy komendy w języku niemieckim. Ja natychmiast przywarłem do ziemi w wykrocie przy pruchniejącym drzewie, natomiast „Góral”olbrzymimi skokami, nie zważając na możliwość wykrycia patrolu, począł uciekać przez polankę na drugi skraj lasu. Jak się później dowiedziałem myśląc, że ja dostałem się w ręce Niemców, wycofali się wraz z całym oddziałem patrolowym na miejsce zgrupowania. Ja przyklejony do ziemi, cały spocony ze strachu i nie podnosząc głowy, słyszałem kroki przechodzacych tuż obok mnie Niemców. Zacząłem się w myśli modlić o rychłą i lekką śmierć, aby nie dostać się w ręce hitlerowców, których bestialskie metody badania przeżyłem już przed ucieczką z „łap gestapo”. Chyba dzięki tej modlitwie Pan Bóg ulitował się nade mną,szczęśliwie niezauważony usłyszałym, że niemiecki oddział oddalił się. Po około 30 miutach, gdy cokolwiek ochłonąłem ze strachu, zacząłem- prawie cały czas czołgając się- posuwać się w kierunku naszego zgrupowania. Dzięki znajomości terenu, ponieważ w tej okolicy stacjonował poprzednio nasz oddział, jakoś nie zabłądziłem i strudzony, wyczerpany z głodu, gdyż w tym dniu miałem w ustach tyko jedną kromkę chleba, dotarłem do naszych pozycji obronnych. Podobnych chwil strachu, którego nie ma możliwości natychmiast opanować, przeżyłem dużo więcej. Nie wstydzę się tego, ponieważ opanowany po pewnej chwili, doprowadza do śmiałej, przytomnej postawy i logicznego przemyślenia sytuacji, co niejednokrotnie decyduje o życiu.”

Po wyjściu z okrążenia oddział „Ojca Jana” przebywał na wysepce Kruć, skąd po przejściu oddziałów niemieckich, powrócił na wcześniejsze miejsca postoju i tam przebywał aż do rozwiązania w końcu lipca 1944. Wszyscy otrzymali awanse o 1 stopień wzwyż. A. Sobocki został kapralem podchorążym i był nim przez 47 lat, aż w  1991 roku otrzymał awans na podporucznika, później kapitana.

Po powrocie do rodzinnego domu zaczął pracować na kolei jako dyżurny ruchu, ale tylko do 12 października 1944, kiedy został aresztowany przez UB za działalność w AK.

„ Już drugi raz przechodziłem koszmarne badania, tylko że te były działaniem gorzej bolącym, bo czynili to moi rodacy. Więziony byłem w bardzo ciężkim więzieniu Lublin-Zamek i dopiero po amnestii, zostałem w lipcu 1945 r. zwolniony. Wyjechałem na tak zwane Ziemie Odzyskane do Żor, gdzie gdzie pracowałem na kolei aż do przejścia na emeryturę. Nigdy w pracy nie awansowałem, byłem traktowany jako zapluty karzeł reakcji.”

Biografia została spisana ze wspomnień Antoniego Sobockiego, zredagowanych w liście do ucznia Liceum Ogólnokształcącego im. Bohaterów Porytowego Wzgórza  Mateusza Surmy. Wszystkie cytaty pochodzą z tego dokumentu. List został napisany w Żorach dnia 7 listopada 2003 roku i jest zdeponowany w Szkolnej Izbie Pamięci.

Reklamy