Jan Markut „Wichura”

Urodził się 11 stycznia 1924 roku w Rudzie Jastkowskiej. Dzieciństwo spędził w Ludianie pod Jastkowicami. Mając sześć lat został bez ojca, który wyjechał do pracy we Francji,  kilka lat później za ojcem udała się matka. Jana oraz jego młodszych braci Tadeusza i Stefana wychowywała  babcia Waleria Chwiej. Syn Walerii Chwiej- Piotr – był policjantem w Nisku, zginął w kwietniu 1940 roku w Twerze zamordowany przez NKWD. Stefana Markuta Niemcy wywieźli na przymusowe roboty do Rzeszy. Po ukończeniu szkoły powszechnej J. Markut  pracował w lesie przy odbiorze budulca a potem na kolei w Rozwadowie.

W  1943 roku, przez wujenkę, Marię Chwiej, nawiązał kontakt z Ruchem Oporu Armii Krajowej.  U niej znajdowała się tzw.skrzynka kontaktowa, gdzie spotykali się konspiratorzy z AK. Od lipca pracował jako kurier. Przenosił pocztę konspiracyjną do różnych placówek AK w Ulanowie, Rozwadowie, Pysznicy. W święta Bożego Narodzenia1943 r. został wezwany do wujenki, u której czekał kpt. Michał Woźniak „Boruta”. Zakomunikował Janowi, że w najbliższych dniach zostanie odesłany do oddziału partyzanckiego AK „Ojca Jana”. Jak pisze we wspomnieniach „W pierwszych dniach stycznia 1944 przyszły do nas córki wujenki: Czesia i Lusia i powiedziały mi, żebym się zbierał. Babci zakomunikowały, że idę do wojska polskiego. Babcia i ja płakaliśmy, brat Tadek, choć był mały, też płakał. Po pożegnaniu się wraz z Czesią i Lusią poszliśmy do Jastkowic. Całą drogę, co jakiś czas oglądałem się na nasz dom i myślami byłem z Babunią, czułem jak boleje, ale odwrotu nie było, to był rozkaz organizacji.”

Uczestniczył w wielu akcjach bojowych oddziału, w tym również w największej bitwie partyzanckiej na ziemiach polskich na Porytowym Wzgórzu w czerwcu 1944 roku. Był przewodnikiem dla wycofujących się  oddziałów w noc z 14 na 15 czerwca 1944 roku. Prowadził oddziały rosyjskie w kierunku Kiszek.

         W końcu lipca 1944 r. po rozwiązaniu oddziału „Ojca Jana” ukrywał się przed  NKWD. Dwukrotnie został zatrzymany przez Sowietów, ale udało mu się zbiec. W wieczór wigilijny 24 grudnia 1944 roku, po raz trzeci został ujęty przez NKWD w Jastkowicach. Tym razem nie udało  się uciec.

Późnym wieczorem przewieźli nas do Turbi, umieścili w murowanym chlewie.
Tam już znajdowali się sowieccy żołnierze więzieni za dezercję. Było nas w chlewiku jedenastu. Przesłuchiwał nas enkawudzista, był nim prawdziwy Rosjanin, nawet fajny chłop. Obiecywał, że niedługo pójdziemy do domu. Rozpytywał o współpracę z sowieckimi oddziałami partyzanckimi Nadielina, Sankowa, Wasilenki, Prokopiuka, Karasiowa i AL w lasach lipsko-janowskich. Wspomniałem również o współdziałaniu z dywizją partyzancką Werszyhory. Po zakończeniu śledztwa, podpisaniu protokołu przesłuchania czekałem już tylko godziny licząc na zwolnienie. Czekałem kilka dni, kiedy mnie znów wezwali na przesłuchanie. Wprowadza mnie wartownik do domu na przesłuchanie i oczom swoim nie wierzę… Na miejscu kapitana jest inny oficer, który znów pyta o dane personalne. Widząc moje zdziwienie, wyjaśnił mi, że poprzedni protokół znalazł w koszu, a prowadzący śledztwo kapitan został odsunięty od prowadzenia całej sprawy. Po kilku dniach pobytu w ziemiankach w rejonie Żabna przewieźli mnie pod Sandomierz i tam nocą umieścili w ziemiance wśród innych więźniów. Było to w jakiejś wsi, której nazwy nie znam. Tam wzywano nas na uzupełnienie śledztwa. Byłem wzywany na przesłuchanie trzy razy. Pamiętam, że ziemianki znajdowały się w jakimś sadzie, miały około jednego metra na metr i znajdowało się w nich po cztery osoby. Były tak niskie, że nie sposób było się wyprostować. Wywoływano z ziemianki, często więźniowie nie wracali, przychodzili za to nowi. Raz na dobę wyprowadzano nas około czwartej godziny po południu, żeby załatwić swoje potrzeby fizjologiczne. Raz dziennie dawali nam pół litra zupy w puszce po konserwie. W zupie znajdowało się zwykle kilka ziaren pszenicy i pachniała tuszonką, amerykańską konserwą. Nie otrzymywaliśmy wody ani do picia ani do mycia. W pierwszych dniach stycznia 1945 roku wezwano mnie do prokuratora wojennego a następnie przeprowadzono pod eskortą do chaty, w której oczekiwał mnie cały skład sędziowski z prokuratorem wojennym na czele. Przydzielono mi tłumacza i obrońcę. Najpierw wstał oskarżyciel i powiedział po rosyjsku, że będę sądzony za zbrojne przygotowanie powstania przeciw Armii Radzieckiej i co za to mi grozi. Potem odczytano mi wyrok, że za przygotowanie zbrojnego powstania i przynależność do AK wyrokiem sądu wojennego I Frontu Ukraińskiego z paragrafu 51 pkt 2 zostałem skazany na siedem lat poprawczych roboczych łagrów i zesłanie na Syberię”.

Na wschód
W mroźny ranek wyprowadzono więźniów z ziemianek i załadowano na ciężarowy samochód ZIS, który niezwłocznie pojechał w stronę polsko-sowieckiej granicy. Wczesnym rankiem 5 stycznia 1945 więźniowie znaleźli się na terenie więzienia przy ulicy Zamarstynowskiej we Lwowie. 20 stycznia z więźniów sformowano transport. Wszystkich umieszczono w zimnych towarowych wagonach, a mróz był 30-stopniowy. Przydzielono bochenki zmarzłego chleba i kubły lodowatej wody. Pociąg ruszył na wschód.Po dziesięciu dniach jazdy w zimnych towarowych wagonach pociąg zatrzymał się w Charkowie. W  obozie więźniów poddano badaniom lekarskim i na tej podstawie kierowano do różnych prac. Porozdzielano ich według kategorii zdrowia. „Znalazłem się w murowanym budynku, z dużymi salami, w których były ustawione piętrowe prycze pozbijane z desek. Dostaliśmy sienniki wypełnione wiórami drzewnymi… Buty skórzane nam wszystkim pozabierali a dali tak zwane ciernie, uszyte z opon samochodowych. Raz dziennie otrzymywaliśmy po 200 g chleba, herbatę bez cukru i pół litra wodnistej zupy. Więźniów prowadzono pod konwojem do fabryki „Sierp i Młot”, w której przed wojną produkowano maszyny rolnicze. Ale teraz wytwarzano w niej miny i bomby lotnicze”.
Markut otrzymał pracę przy produkcji części do maszyn rolniczych. Rosyjski brygadzista starał się, aby jego podopieczny nie męczył się a wyrabiał przewidzianą normę. W czasie pracy więźniowie nie otrzymywali żadnego posiłku. W fabryce wszyscy wolni otrzymywali tak zwany pajok czyli raz dziennie miskę zupy. Więźniowie otrzymywali wodnistą zupę już po pracy. W fabryce spotkał lekarkę Polkę urodzona w Rosji. Kiedy dowiedziała się, że jest Polakiem codziennie przynosiła mu pół litra zupy co pozwoliło Markutowi utrzymać się przy życiu i zdrowiu. Mordercza praca w „Sierpie i Młocie” trwała do połowy maja 1945 roku. Potem Sowieci zaczęli czynić przygotowana do transportu. Więźniów badali lekarze i felczerzy, i kwalifikowali do pracy. Kategoria zdrowia pierwsza i druga przewidziana była do wywózki na Sybir, trzecią natomiast przeznaczono do pracy w kołchozach i sowchozach, w których prawie nie było mężczyzn, byli na wojnie.

Daleka północ
Pod koniec maja 1945 roku Markut z transportem łagierników wyjechał pociągiem do Moskwy. Podróż bez przesiadki w towarowych wagonach trwała dziesięć dni. Moskwa jednak była pierwszym etapem podróży. Samochodami wszystkich więźniów przewieziono na drugi dworzec kolejowy i stamtąd pociąg wyruszył na północ, do Mołotowska. W tym mieście przy ujściu Dźwiny do Morza Białego w latach czterdziestych i jeszcze pięćdziesiątych istniały łagry. Było to miasto przemysłowe, budowano w nim okręty, dziś w tamtejszych stoczniach buduje się rosyjskie atomowe okręty podwodne. Markut znalazł się na dalekiej północy początkiem lata. Tam wtedy nie zachodziło słońce, dzień trwał całą dobę. Łagierników wyładowano z pociągu w pobliżu portu Mołotowsk i pogonili przez rozlewiska, na których były porobione kładki, na brzeg Morza Barentsa. Zatrzymali nas na piaszczystej plaży, gdzie cały czas niemiłosiernie prażyło słońce. „Byliśmy brudni, głodni i spragnieni…. Ogromnie chciało się nam pić, a żadnej wody nam nie dawali. W końcu zbuntowaliśmy się i krzyczeliśmy razem „Wody! Wody!” Konwojenci załadowali na samochody beczki po śledziach i pojechali na skraj plaży. Ponalewali do nich wody z morza. Wszyscy rzucili się na te beczki i czym kto miał puszka po konserwach, czapka czerpał wodę.. Ale po tej wodzie jeszcze bardziej chciało się pić; ta słona woda, słone śledzie i ogromny upał dobijały nas do reszty”.

Norylsk
Z Mołotowska statkiem transportowym J.Markut z łagiernikami płynął prawie przez dziesięć dni Morzem Barentsa i Karskim do Dudinki, portu leżącego u ujścia wielkiej rzeki Jenisej. W czasie pobytu w Dudince wyciągali z Jeniseju pale drzew, które drogą wodną holowano z lasów syberyjskich. Po kilku dniach załadowali ich do kolejki wąskotorowej i powieźli w głąb Półwyspu Tajmyrskiego, do miejscowości Norylsk. Tam było pobudowanych kilkanaście dużych obozów dla zesłańców i więźniów. Przebywali w nich zarówno mężczyźni jak i kobiety. Wszyscy przeważnie byli zatrudnieni przy budowie kombinatu metalurgicznego i produkcji półfabrykatów, a także w kopalniach przy wydobyciu rud żelaza, manganu, kobaltu, węgla kamiennego oraz przy produkcji materiałów budowlanych głównie cegły. W norylskim obozie Markut przebywał głównie z Polakami. Było razem z nim dużo powstańców warszawskich, tak mężczyzn jak i kobiet. Dużo Polaków pochodziło z Kieleckiego, Lubelskiego, z okręgu Wilna, więziono tam całe oddziały partyzanckie.
W tym samym obozie trzymano także Białorusinów i Ukraińców. Ucieczki z obozu zdarzały się rzadko i kończyły się tragicznie. Jeśli uciekinierzy nie zostali schwytani przez Sowietów, zwykle ginęli w tajdze z braku pożywienia albo z mrozu. W łagrach więziono także sowieckich kryminalistów, którzy byli bezwzględni również dla łagierników politycznych, dochodziło, więc nieraz do rabunków a nawet mordów. „Zimy w Norylsku były bardzo ostre. Przez okres 9 miesięcy w roku mrozy utrzymywały się w granicach 40-60 stopni. Wtedy ubrani byliśmy w watowane kurtki, mieliśmy rękawice i watowane czapki oraz walonki. Na lato przydzielano nam drelichowe ubrania i buty na gumowych spodach. Pewnego razu z naszego baraku wyszedł kucharz z dwoma wiadrami kaszy, którą miał przenieść na budowę dla naszej brygady. Nie doszedł. W drodze zaskoczyła go burza śnieżna i zasypała. Gdy już zaczęła się wiosna i zaczęło świecić słońce i śnieg szybko tajał, w drodze na budowę zobaczyliśmy wystające spod śniegu wiadro. Zaczęliśmy je odkopywać i wtedy zobaczyliśmy naszego kucharza z dwoma wiadrami kaszy. Kucharz z kaszą zamarzł. Kaszę po dogrzaniu zjedliśmy, a kucharza odnieśliśmy do obozu. Po oględzinach doktora wynieśli go ludzie na obozowy cmentarz i tam zakopali.”

Markut pracował w łagrze jako tragarz, blacharz, zbrojarz i cieśla. Praca trwała dziewięć godzin przez sześć dni w tygodniu. W srogie mrozy łagiernicy również pracowali. Mieli taki barak, w którym stał piec żelazny, w nim cały czas paliło się węglem. W zimie, gdy temperatura spadała prawie do minus 60 stopni, pracowali na mrozie dwadzieścia minut, potem grzali się przy piecu przez dwadzieścia-trzydzieści minut.
W ciągu trzy i półrocznego pobytu w Norylsku, jak stwierdził Markut, wybudowali elektrownię, linie wysokiego napięcia, kopalnię gliny, kotłownię, zakład wypalania wapna, łaźnię, duży budynek dla straży obozowej, ogrodzili drutem kolczastym teren kopalni gliny z wieżami strażniczymi, kolejką wąskotorową…
Z Syberii Jan Markut pisał listy do swojej babci, która go wychowywała i zastępowała mu matkę. Ale na żaden list nie otrzymywał z Polski odpowiedzi. Listów po prostu nie dostarczano. Markut nie wiedział, w jaki sposób dać znać o sobie. Rozwiązanie z uzyskaniem kontaktu znalazł jego współłagiernik. Pewnego razu kolega Antoni Łojko podsunął mu pomysł. „Namówił mnie, żebym swoje listy do domu adresował na jego siostrę, a ona, jako wolna osoba żyjąca na terenie Rosji będzie przekładała je do swojej koperty i adresowała do mojej babci. Takim sposobem moja babcia i moja przyszła żona otrzymały ode mnie kilka listów i wreszcie dowiedziały się, że żyję”. Babcia Markuta Waleria Chwiej czyniła usilne starania o zwolnienie wnuka. Pisała w jego sprawie do Rady Państwa.

18.10.1948 r. Jan Markut został w Brześciu przekazany polskim przedstawicielom, żołnierzom Ludowego Wojska Polskiego. Tego samego dnia przekroczył granicę z Polską, znalazł się Polskim Urzędzie Repatriacyjnym w Białej Podlaskiej.   Sowieckie władze informowały: Jan Markut syn Piotra urodzony i zamieszkały we wsi Jastkowice  Orzeczeniem Kolegium Wojskowego Sądu Najwyższego ZSRR z 27 sierpnia 1948 r. nieodbyty czas kary został zamieniony na wydalenie poza granice ZSRR. W listopadzie 1948 roku wrócił do domu i zatrudnił się w tartaku w Rozwadowie.

Biogram oparty został na artykule Dionizego Garbacza „Jan Markut – droga na Wschód”, zamieszczonym na portalu tygodnika „Sztafeta” w 20015 r.

„Wspomnienia” Jana Markuta zostały wydane w formie książkowej nakładem Burmistrza Gminy i Miasta Nisko w 2004 roku.

 

 

Reklamy